Uwielbiam gadanie o niczym. To jedyna rzecz, o której coś mogę powiedzieć.

środa, 26 października 2016

A mnie się marzy kurna chata czyli o zderzeniu marzeń z rzeczywistością.



Z marzeniami kochana powinnaś być ostrożna....

Marzenie pierwsze - Domek na za  odludziu.


Każdy ma marzenia. Z wiekiem, mieszkając na osiedlach wciśniętych pomiędzy ruchliwe ulice, przemieszczając się po zatłoczonych chodnikach, zaczynamy marzyć o maleńkim domku na odludziu. Marzymy o tym, jak w spokoju będziemy konsumowali organiczne, zarobaczone warzywa i owoce, jak to łosze będą nam się łasić pod parapetem, a cietrzew nam się na trawie zacietrzewi o poranku. 

Przyznam, że i mnie jest w stanie pociągnąć taka wizja braku pana Zdzicha z piłą mechaniczną za oknem, lub też zamiana pana Zdzicha na dziką lochę z małymi, co to przyszła o poranku żreć mi z ręki. Pan Zdzichu z ręki żreć nie chce, chociaż gdyby przestał odtwarzać kasety Disco Polo z lat 90 tych, zgodziłabym się na dzielenie z nim obiadu a, nasze relacje mogłyby ulec znaczącej poprawie.

No, ale zostawmy pana sąsiada, z jego ulubioną zabawką i skupmy się na marzeniach. Ja i wiejskie odludzie.Widzę oczyma wyobraźni,  jak wczesnym rankiem w leciutkim peniuarku wymykam się z drewnianej, obżartej przez korniki, oblepionej mchem chałupy, i z radością  spijam rosę z gołego łona natury. W jednej ręce trzymam filiżankę z parującą kawą, a drugą wsypuję ziarno wprost do dzióbków  prosiąt, albo doję moimi dwoma smukłymi palcami jakiegoś nierozbudzonego jeszcze leghorna. Potem zzuwam przezroczyste giezło i rzucam się nagutka w chłodną, krystaliczną toń pobliskiego stawu, nieporośniętego rzęsą, pozwalając moim piersiom, jak dwóm różowym bojom utrzymywać mnie na powierzchni niby tej lilii bagiennej. Cudowna wizja...

A jednak coś mnie powstrzymuje żeby rzucić moje wielkomiejskie życie. 

Wiek? 


Wydawać by się mogło, że domek na odludziu jest idealnym miejscem dla ludzi młodych. których jednym z hobby jest uprawianie dzikiego, okraszonego jękami i wrzaskami, nieokiełznanego seksu. (coś sobie nawet przypominam, jak przez mgłę) ; dla ludzi, którzy bez żalu zrekompensują sobie brak chleba na kolację wielogodzinną sesją seksu tantrycznego w pozycji zwisającej. No, ale jeśli się powiedziało aaaaa, to z pewnością przyjdzie i czas na beeeee, i jeśli się rąbało to z pewnością wióry leciały. W skrócie, pewnego dnia ktoś wpadnie na pomysł posiadania potomstwa. 

A my w głuszy!

Dowóz każdego dziecka do szkoły, na dodatkowe zajęcia, na imieniny koleżanki, na szkolną dyskotekę - zabije w tobie radość obcowania z przyrodą. Wkrótce zaczniesz strzelać do kaczek, i może nawet odejdziesz z dostawcą pizzy, bo będzie ci się wydawało, że jego życie to pasmo przygód...Mam znajomą, która uciekła z listonoszem. Szkoda bo to był bardzo fajny listonosz.

Strach?

Powiedzmy jednak, że przetrwaliście i dobrnęliście do starości, lub też postanowiliście przenieść się na łono przyrody, zanim przeniesiecie się na łono Abrahama. Witamy w piekle!
Po pięćdziesiątce domek na odludziu zacznie być pułapką. Wystarczy, że wysiądzie samochód i jesteś uziemiony, Kiedyś mogłeś dobiec te 50 metrów do autobusu, teraz po kilku krokach łapiesz powietrze jak ryba wyciągnięta z wody. A tu domek w lesie! Tniesz, rżniesz, piłujesz, a oczy już nie te. Wypadki chodzą po ludziach. A domek w lesie!

Niestety, jest mała szansa, że dobrniesz do najbliższych ludzkich zabudowań, szczególnie jeśli jesteś ranny bo pogryzły cię dotkliwie zaniedbane, niewydojone  leghorny.  A co jeśli do najbliższej apteki jakieś 10 km lasem przez knieje, wiry i wąwozy? Na dzieci nie masz co liczyć, bo i tak dawno uciekły z tych krzorów do miejsca, w którym można się zalogować do Faceboonia, znajomi cierpią na starcze problemy z pamięcią, a sąsiad mieszka dalej niż na odległość wrzasku. Zginiesz marnie, a twój zewłok zbezczeszczą leśne zwierzęta.

Wystrzegaj się kochana domków na odludziu. A jeśli jeszcze ci nie przeszło, to w ramach rozbudzenia twojej wyobraźni, mogę podrzucić kilka dobrych tytułów filmowych...


Marzenie numer dwa - Książe na białym koniu.(znaczy przystojniak z kasą)



Nie szukaj księcia. Po pierwsze, jeśli Twój facet jest przystojny będziesz permanentnie nieszczęśliwa, bo każda inna kobieta będzie chciała spróbować, czy jej też się uda takiego przystojniaka zanęcić. (ja z pewnością bym spróbowała, żeby nie wypaść z formy). Będziesz spędzała godziny na sprawdzaniu bilingów, przetrzepywaniu kieszeni, szukaniu śladów szminki i wwąchiwaniu się w jego włosie, czy też nie zostały tam jakieś zabłąkane Chanele. 

No, chyba, że zamieszkasz z nim w domku na odludziu, i jedyną istotą damską w promieniu 50 km będzie łaciata Mućka. Chociaż i tu radziłabym być ostrożna. Nie, nie chodzi o to, że Mućka zagnie na niego wymię. Po prostu 50 km może okazać się niewystarczającym dystansem, albowiem zawsze może znaleźć się w kniejach jakaś sękata, leśna babuleńka zbierająca chrust. Faceci bywają mało wybredni. (napisałam - bywają) a sękate babuleńki też mają swoje potrzeby. (w razie potrzeby służę tytułami filmów)

Pamiętaj, że Twój facet nie musi być przystojny, ważne żeby się Tobie podobał. Nie szukaj księcia, znajdź sobie drwala i bądź księżniczką na jednorożcu. Niech to jemu się wydaje, że wyhaczył ósmy cud świata, i jego życie powinno polegać jedynie na zapewnieniu cudowi odpowiedniej jakości życia. Nie przesadzaj jednak z zachciankami, bo nawet drwal ma jakieś limity, a chcielibyśmy użyć go także w innym celu niż tylko jednostajne rżnięcie tarcicy. Prawda?


Marzenie trzecie - dalekie kraje.



Po co gdzieś jeździć? W dobie internetu można sobie wszystko obejrzeć siedząc wygodnie w fotelu, pijąc swoją ukochaną kawę z ulubionego kubeczka. Po pierwsze wydasz pieniądze, które powinnaś przeznaczyć na to, żeby być jeszcze piękniejsza, atrakcyjniejsza i wspaniała. Tak wspaniała, żebyś mdlała z rozkoszy na swój własny widok w lustrze. Po drugie, kto to wie co tam złapiesz. Dopadnie cię jakaś przyczajona w arbuzie zemsta Montezumy, nadobnie kąsający twoje uda świerzb, albo chlamydia z paszczą lwa. 

Nigdzie nie jedź, siedź w domu. Obejrzyj Boso Przez Świat, pośmiej się z nagich czarnoskórych prężących swoje dzidy, przeraź się perspektywą jedzenia czegoś co normalnie zabijałaś Prusakolepem, powydymaj usta z pogardą na widok durnych, obcych zwyczajów i pociesz się perspektywą kąpieli pod własnym prysznicem. 

Co robić?

Najlepiej zamieszkać w niedużym mieszkanku, z brzydalem o dobrym sercu, ale na tyle głupim , żebyś mogła nim rządzić bez problemów.  Że już to masz? No, to  pomarz sobie kochana o księciu na białym koniu, domku w Bieszczadach i koniecznie o dalekich podróżach:-) Marzenia są bardzo inspirujące.

Życie jest krótkie, skomplikowane i nikt nie wie, co z nim zrobić. Więc niczego z nim nie rób. Po prostu się, facet, wyluzuj. Przestań się niepotrzebnie zamartwiać. Odpręż się w towarzystwie przyjaciół przy butelce piwa i niezależnie od tego, czy ci się powodzi, czy nie - rób co w swojej mocy, by być wiernym względem siebie i innych. 
Dudeizm.


Buziaczki! Pieprzu.

środa, 28 września 2016

"Dzięki utożsamieniu członka z transcendencją sukcesy społeczne i duchowe mężczyzny promieniują również na czysto męskie walory" czyli kiedy Mars połyka Wenus.




                                    


"natural wayusmiech.gif wystarczy tyle na początek"*

Kupowałam ostatnio loda w osiedlowym sklepie. Ponieważ upał naciskał swoimi 34 stopniami, jeszcze zanim zapłaciłam, niecierpliwym ruchem  oswobodziłam loda z papierka i z lubością pozwoliłam swojemu językowi przejechać się szybkim ruchem od nasady aż po sam koniuszek jedwabistej słodyczy. Kieszeni miałam 6, a szperać w poszukiwaniu drobniaków mogłam tylko prawą ręką, dlatego zaczęłam się kręcić i wić niby kobieta wąż w trakcie zrzucania skóry,  i trochę czekolady znalazło się na moim biuście, widocznym wstydliwie w letnim dekolcie (nosze głębokie dekolty żeby zaoszczędzić na praniu bluzek). 

Jeszcze nie zdążyłam sapnąć ze złości, kiedy siedzące tam bezzębne dziadki, ssące ciepłą kaszankę, zaczęły przerzucać się śmiałymi propozycjami, kto i co może mi i z jakich okolic wylizać i wysiorbać, i jakiej to niebiańskiej rozkoszy niechybnie doznam poddając się tym pieszczotom. 

Ja wiem, że wyglądam na ofiarę losu i panienkę, co to nie umie dwa do dwóch dodać, ale wierzcie mi, w środku mnie mieszka Dziewica Orleańska z podniesionym mieczem. I jak już się zmuszę, to nawet potrafię się zdenerwować. Poczułam podniecającą ochotę złapania jednego z tych lepkich łbów oburącz i wciśnięcia go pomiędzy moje bliźnięta, a tym samym skazania go na śmierć przez uduszenie. Niestety, jak zwykle uśmiechnęłam się niewinnie i oddaliłam pospiesznie. 

 Oczywiście, ktoś może mi zarzucić, że gdyby zamiast książąt przedzierzgniętych w żaby, w sklepie pana Edka siedział na ławeczce ssąc kaszankę John Cusack  to jeszcze bym mu dopłaciła za wysiorbanie.To prawda. Jest taka możliwość. 

"Trzeba być sobą usmiech.gif ot cała filozofiausmiech.gif"

Moja droga mama, odkąd owdowiała musi barykadować drzwi, i kłamać, na temat posiadania mitycznego  narzeczonego, ponieważ tabuny wygłodniałych, trzęsących się ze starości  męskich zombie czatują u wyjścia z klatki schodowej, trąc wysuszonymi językami o drewniane futryny. Część z nich porusza się za pomocą balkoników, część kokietuje na problemy z prostatą, ale nie odpuszczają. Nawet złoto-zęby facet, co to ma furę i konia, smali do niej cholewki, próbując przynęcania na darmową dostawę ziemniaków z wniesieniem do piwnicy. (ziemniaków, nie matki)

Wszystko przez to, że ktoś podobno słyszał, jak matula rzuciła od niechcenia jednemu z kawalerów "Panie Stachu, tylko się rozbiorę i zaraz panu dam" niestety, zdanie powtarzane z ust do ust, zagubiło swój najważniejszy, końcowy element - klucze od piwnicy. Niektórzy zarzucają mojej mamie, że gdyby na tej furze przyjechał Janusz Gajos z dostawą buraków, to pewnie by się nie wahała i mu dała. To prawda. Jest taka możliwość. 

"a mi się wydaje, ze trzeba dużo gadać. to ich kreci"

Ale co jest? Czy równouprawnienie nie gwarantuje nam tego, że mamy możliwość wybrania sobie  tego kto będzie dbał o nasze ziemniaki?

Kobieta wiele zniesie. Jeśli już wyobraziliście sobie ile, to teraz pomnóżcie to przez dwa i dodajcie te liczbę, którą wymyśliliście na początku. 


Facet ma łatwiej, jemu nie pozwala na znoszenie więcej zwykła, ludzka fizjologia. Nie da rady, i już! Zwykła hydraulika. Prawdą jest, że facet jaki jest, taki jest. Wystarczy, że ma pieniądze lub władzę, i na tym może skończyć. Oczywiście najlepszą opcją jest posiadanie obu zalet jednocześnie, okraszonych nienachalną urodą.  
Historia pokazuje jednak, że nie trzeba być Justinem Trudeau, żeby kobiety leżały pokotem na twojej wycieraczce, wykopując się z niej nawzajem szpilkami od Manolo Blahnika.  

Nawet gdyby mężczyzna wyglądał jak połączenie płozy od sań z kłębkiem moheru, zawsze znajdzie się tłum chętnych, które będą spijać mu każde słowo z ust, przytakiwać z dziką radością, łasić się jak kotki w rui i kochać, ach kochać, aż do jego ostatniego grosza. Bo kobieta zniesie wszystko, nawet twój tupecik, pod warunkiem, że masz : pieniądze, władzę albo urodę amanta filmowego, a jako bonus potrafisz przeczesać grzywkę językiem. 

""Dokładnie, faceci patrzą na kobiety z punktu widzenia ich przydatności seksualnej, a kobiety doceniają tez inne aspekty, a może przede wszystkim nawet."

Czy Melania zainteresowałaby się Donaldem T. (zbieżność imienia i inicjału z innym Donaldem przypadkowa) gdyby robił zakupy w Biedronce, mieszkał na siódmym piętrze w bloku i walczył o kroksy w Lidlu? Myślę, że wyniosłe "spieprzaj dziadku", byłoby jedynym co mógłby usłyszeć .  A tak to -"Cenię pana inteligencję  i niesłychaną erudycję zmieszaną w cudownym koktajlu z czarem osobistym"... i jakie to ma znaczenie, że z jego fryzury śmieje się histerycznie pół globu, jeśli co wtorek  jeździmy Rolls Roycem  na woskowanie krocza? Bo to też zniesiemy. (bez mężczyzn hodowałybyśmy sobie owłosienie łonowe aż do kolan i plotły z niego fikuśne warkoczyki, a tymczasem musimy upodabniać się do oskubanych kurczaków i jeszcze same siebie okłamywać, że to dla higieny)

"najlepiej ich olewać; wtedy latają jak psy z pęcherzyną"

Bogaty facet inwestuje w przyjemności. Bogata kobieta inwestuje w siebie, żeby mieć jakiekolwiek szanse u samca. Nawet jeśli to samiec, który doprowadza ją do torsji, lub nawet jeśli to inwestowanie przedzierzga ją w Donatelle Versace. (Nie próbuj tego jeśli Twoje konto jest mniejsze niż parę milionów dolarów) 

Jeden z króliczków Playboya popełnił łzawe wyznanie na piśmie, gdzie przyznaje, że seks z Hue Hefnerem był najbardziej obrzydliwą rzeczą jakiej doświadczyła w życiu, i po każdym takim fiku-miku pędziła jak chart afgański z rozwianym włosem, dźwigając w obu dłoniach silikonowe piersi, prosto do toalety wyłożonej włoskim marmurem, aby tam w odosobnieniu zwymiotować foie gras zmieszane z Dom Perignon. Ponieważ jest kobietą, a jak wiemy, kobieta wiele zniesie, co wieczór jednak walczyła dzielnie z innymi blond pięknościami o miejsce w łożu Hue.  

Bo pieniądze kręcą światem. Władza też kręci. 
Jeśli facet, który wyrżnął i wydusił własnymi rekami pół Europy lata jak szalony po łące, żeby nam zebrać bukiecik zielska, następnie pada przed nami na kolana i trzecia godzinę znosi nasze gadanie o wyższości serialu M jak miłość nad serialem Barwy Szczęścia,  to to nas kręci. Mnie by kręciło. 

Niestety, ta zasada jak dotąd nie odnosiła się do kobiet. Najpierw musiałyśmy udowodnić, że jesteśmy wystarczająco zachwycające, żeby ktoś w ogóle chciał się po nas schylić.  Potem musimy pomału udowadniać, że mamy też coś w głowie, jednocześnie pamiętając, że zbytnie sukcesy, za wysoka płaca, wyłażący zza niedopiętego guziczka bluzki intelektualizm odejmuje nam urody tak jak każdy rok na naszym liczniku. 

I w  żadnym razie nie wolno nam wyznać, że jesteśmy feministkami, To przekreśla nas na wstępie. Dla 99 procent mężczyzn feministka to zaniedbana, lekko spocona i nieogolona babochłopka bez wdzięku i seksapilu, na dodatek żarłoczna. Takie dziwo, jak dwugłowe ciele - nadaje się jedynie do pokazywania w cyrku, ale nie do trzymania w porządnym mieszczańskim domu z pianinem i wersalką, a już z pewnością nie w sypialni gdzie stoi zdjęcie świętej pamięci mamusi. No, i przydałoby się, żeby lubiła seks na żądanie i na śniadanie. I nie zapominajmy, że mężczynie z wiekiem nie ubywa uroku, to jedynie żona mu się starzeje. On jest wciąż piękny i może nosić rozciągnięte galoty, wystawiać ogromny bojler na widok publiczny i ciągle uważa że jest uroczy.

Uwaga mężczyźni!Uwaga kobiety! Nadciąga wielka zmiana!
Niniejszym chciałam donieść drogim koleżankom, że czasy kiedy jakaś młódka była doczepiona niczym brelok do chłopiny o wątpliwej urodzie i uroku osobistym pasztetu z pieczarkami, minęły. Na zachodzie wyraźnie widać trend odwrotny - to my mamy teraz prawo wybrać sobie młodszego. 

Dlaczego? No, przestań pytać i porównaj siebie z męskimi równolatkami. Widzisz różnicę? Nie? To przestań golić głowę, a zacznij golić wąsy i nogi! Na woskowanie bikini przyjdzie pora po trzeciej randce. Załóż czerwone szpilki, załóż czarne pończochy i odpal coś motywującego. Nie...żaden tam jazz, coś mocno motywującego, takiego żeby zdmuchnęło zaczeski z łysin. A teraz kołysz biodrami...umyj się, uczesz się i wybieraj kogo chcesz:-)

Pieprzu w głębokim przysiadzie i szpilkach, trąca  w transie burakiem o ziemniaka i ssająca kaszankę na zimno.







*cytaty pochodzą z internetowego forum, temat : jak go zdobyć





środa, 31 sierpnia 2016

Pesymizm, to zwykłe lenistwo i naśladowanie innych. Posłuchaj kobieto, bo tobie pierwszej to powiem....



Zrobiłam sobie małą przerwę i reset wewnętrznej przestrzeni mózgowej. Jestem napchana zdrowym jedzeniem, moja skóra świeci nawet w ciemnościach, włosy to lejący się jedwab, a paznokcie zachwycają swoim jadowitym różem. O matko-huto, odpoczęłam! Kiedy człowiek ma czas na leniuchowanie, ma też czas na rozmyślanie. Ja swój przeznaczyłam głównie na zastanawianie się czy jestem szczęśliwa. No, i wyszło mi, że bardzo! 

A jak do tego doszłam? 

Jeśli czegoś bardzo chcesz, tak bardzo, żę skręca cię z bólu i wywraca na drugą stonę, że spać nocami nie możesz to...zatrzymaj się chwilę i pomyśl..może już masz to o czym marzysz? 

Do szczęścia człowiekowi tak naprawdę niewiele potrzeba, Problem w tym , że nie zauważamy swoich codziennych małych szczęść, potykamy się o nie, odsyłamy kopniakiem pod kanapę albo ścieramy szmatką jednorazową nasączoną detergentem....I mamy pretensje od ranka do wieczora do wszystkich - dzieci, męża, matki, ojca, współpracownika, sąsiada. Nieszczęśliwe. Nieszczęśliwe, oczywiście z powodu wszystkich dookoła, bo we własnym mniemaniu jesteśmy ideałami, którym wszyscy robią na złość. Dziecko, mąż, listonosz, ta ruda z mięsnego, koledzy z pracy...Jesteś taką kobietą? Zmień to. Może jesteś szczęśliwa jak prosie w kałuży błota, a nie wiesz o tym?

Wszystko przez to, że w naszym mniemaniu szczęście powinny poprzedzać werble (lub tam tamy, w zależności od miejsca urodzenia), wybuchy, race i oklaski zazdrosnej gawiedzi. Chcemy takiego szczęścia, żeby przyszło i tak nas walnęło żebyśmy dech stracili, żeby nam żebra połamało, kulasy wykręciło i resztkę zębów wybiło. No...to jest dopiero szczęście! 

A co z małymi codziennymi szczęściami, z których zbudowany jest świat? E, tam...pleciesz androny, powiecie. Z czego tu się cieszyć?

Po długim leżeniu na kanapie i zmianie boków z lewego na prawy, przekazuję co następuje:

Możesz się nazwać osobą szczęśliwą jeśli:

1. Jest ktoś komu na tobie zależy. Ktoś kto nie pozwoli ci zdechnąć w samotności i zatruć atmosferę w całym bloku, albo zostać zjedzoną przez koty. Jeśli na świecie jest jedna osoba, której chce się podnieść komórkę i wystukać prosty tekst - Gabryśka, umarłaś? Co się nie odzywasz! - Jesteś szczęściarzem. Jest ogromna szansa, że nie skończysz jako substancja o intensywnym zapachu i pochodzeniu organicznym przeciekająca przez sufit twojego mieszkania.

2. Masz pracę, która daje ci kasę. Nawet jeśli jest marna przynajmniej wiesz, że na chleb i wodę zarobisz, a nawet na maskarę. Jeśli jeszcze masz gdzie mieszkać - toś Cysorz! Zawsze znajdziesz takich, którzy chętnie zamienią swoje 14 godzinne stanie przy maszynie w urągających warunkach, na twoją nudną i gówno płatną posadkę. I jeszcze będą twierdzić, że trafili do raju. 

3. Jesteś w stanie się poruszać i komunikować swoje potrzeby? Rewelacja! Jeśli jeszcze potrafisz podskoczyć - jesteś królową życia!Wolność kończy się kiedy potrzebujemy kogoś do podtarcia nas (patrz punkt pierwszy) , co i tak w końcu nastąpi. I nawet wtedy lepiej być przyjaźnie nastawioną do świata, niepodtartą babcią niż bazyliszkiem, którego wszyscy omijają z daleka jak trudną do wyleczenia zarazę. 

4. Nie żyjesz w strachu, lodówka pełna, nie biegasz po wodę 4 kilometry, nie musisz pleść butów ze słomy o poranku albo wydłubywać jakiś pcheł podobnych do bazyliszków co wieczór ze swoich stóp?
ŻeŻ, o raju!!! jakieś 80 procent ludności świata chętnie by się z Tobą zamieniło, dając ci w zamian - przepiękne zachody słońca, oraz możliwość obcowania z bardzo dziką naturą (nie daj się nabrać tam ciężko o papier toaletowy i strasznie dużo kurzu).

No, to od jutra:

1.Wstajesz. Sprawdzasz, że nogi, ręce są, widzisz, przełykasz....no, nom, nom...cudowności!!! Już jest dobrze. Patrzysz w lustro, oczy są, nos jest, otwórz okno, SZTACHNIJ SIĘ PO PIĘTY świeżym powietrzem!

2. Powiedz sobie coś miłego - Naprawdę, jesteś najbliższą sobie osobą , nikt cię tak nie będzie kochał jak możesz kochać się sama. (jakkolwiek dwuznacznie to brzmi, to we wszystkich znaczeniach jest prawdziwe). 

3. Pomyśl coś miłego o swoim mężu, partnerze, kocie - nie ma ludzi całkowicie beznadziejnych. Jeśli od rana w twojej głowie pojawia się myśli - co za melepeta, jak to wygląda o poranku, włosie z nosa, klata przechodzona, majty wiszą do kolan...to błąd! Skup się! Wierz mi, że zawsze znajdzie się polująca łasiczka, która zobaczy w nim Jasona Stathama. I najgorsze, że mu to powie. A jeszcze gorsze niż najgorsze, jest to, że on chętnie w to uwierzy. Bo tacy są faceci. Łatwowierni. A skoro tacy są, to graj tą kartą  - uśmiech, spojrzenie, uśmiech, niewinne muśnięcie rączką...u mnie to się kończy wymyciem podłóg, ugotowaniem obiadu i ciągłym pytaniem "Potrzebujesz czegoś kochanie?"
Bonusem jest, że jak już twój Stach zorientuje się, że jest Stathamem to i włosy z uszu usunie i gacie podciągnie!Potem należy tylko utrzymywać go w tym stanie.

4. Praca...graj chociaż jeden dzień kobietę, która wygrała los na loterii . Zobaczysz jak to działa na ludzi. Nic tak nie dobije twoich wrogów jak twój dobry nastrój! Kto wie, może ci się spodoba i zostanie ci na dłużej?

Pracowałam kiedyś z dwiema paniami, które mnie do bólu nienawidziły, tylko dlatego, że przez przypadek obejrzały mój pasek z wypłatą. Zamiast wchodzić z nimi w walkę wręcz postanowiłam udawać głupią/ niedosłyszącą/ zadowoloną z życia.  Zostałam pracownikiem miesiąca roztaczającym promienie miłości wychodzące wprost z mojego serca ku sercu klienta. Każdego dopieszczałam, szczerzyłam się do bólu policzków i na widok każdego wchodzącego cieszyłam się jak dżdżownica na deszcz. Oczywiście klienci nie omieszkali donieść szefostwu, że " teraz to się tak tutaj miło przychodzi' (sztylet w serce jednej złośliwej koleżanki...trafiona zatopiona), człowiek czuje, że jest mile widziany i chociaz mam gdzie indziej bliżej, to wolę tu przyjechać i zamówić,żeby sobie z panią Gabrysią porozmawiać (bach, i druga wilczyca przyszpilona). Koleżanki gotowały się ze złości, a ja tymczasem odpłynęłam w chwale ku lepszej pracy. Cudowna zemsta, a ile niewinnej radości i ilu uszczęśliwionych!

I wyluzuj, wyluzuj....popatrz w gwiazdy, i zastanów się czy ma dla nich jakieś znaczenie, że zapomniałaś rozmrozić lodówki i złamał ci się paznokieć?

Słuchajcie co wam powiem, albowiem prawdę tu głoszę - idź na lody, albo do fryzjera,przytul się do faceta, zadzwoń do koleżanki - to jest własnie szczęście.Serio! 

No! A teraz rzucam się na cudze blogi. Wygłodniała. 

Pieprz 
(A tekst dedykuję mojej zmarłej 25 lat temu babci. Gdziekolwiek jesteś, zawsze o Tobie pamiętam)

poniedziałek, 11 lipca 2016

Rozważania przed lustrem czyli Uspokój się Gabryśka, kup lubrykanty i chrum, chrum...




Ani się obejrzałam, a tu lipiec za pasem. Lipiec, to zawsze bardzo znaczący miesiąc, ponieważ wtedy zmieniam cyfrę na liczniku. Pierwsza cyfra ciągle pozostaje niewzruszona. Tymczasem. Najbliższa mi zmiana pierwszej cyfry symbolizuje półwiecze. Półwiecze!???!!! To brzmi jakbym była krakowską kamienicą! Czy powinnam już ściąć włosy, farbować się na brązy, zrobić dymiącą trwałą i zacząć malować usta na perłowo?


 No, ale wróćmy do urodzin. Urodziłam się w lipcu (ale nie jak Stanisław Tym w drugiej połowie, a w pierwszej) wybitnie po to, żeby sama siebie wnerwić. Po pierwsze, upalisko nie do wytrzymania. Po drugie, przez lata nie mogłam wyprawić hucznych urodzin, bo wszyscy z końcem czerwca czmychali z miasta. Teraz też nie wyprawiam, głównie z tej przyczyny, że wielkość tortu na którym zmieściłyby się wszystkie świeczki symbolizujące ilość moich lat, nie idzie w parze z ilością przyjaciół, których chętnie bym czymś wielkości koła od traktora poczęstowała. Zresztą znając swój paskudny charakter, i tak zjadłabym go sama, a potem ciężko odchorowała zrzucając winę na ciastkarza. A po trzecie, nadmierna ilość słońca i świeżego powietrza wpędza mnie w depresję. Serio. Im szarzej, tym lepiej. 

Na dodatek zrobiłam się aspołeczna. Kiedyś, w zeszłym tysiącleciu, moim najczęstszym zawołaniem było - "Wychodzimy?", a teraz najpiękniejszym zdaniem spływającym z kwiatu warg moich jest : "Idę do siebie". Zamykając się we własnym zaciemnionym pokoju, i nakładając słuchawki na uszy, czuję przebiegający po plecach dreszcz rozkoszy. Wreszcie sama! 

Oczywiście, jeśli ktoś myśli, że ja tak mogę sobie pójść do siebie i być sama ze sobą kiedy mam ochotę, to się grubo myli. Na takie rzeczy, to trzeba sobie zasłużyć. Muszę więc iść i się spotkać, pouśmiechać, wspólnie spożyć, towarzysko obejrzeć, i takie tam figliki. I jak już wszystkich zaspokoję do wiwatu, aż będą się wzdrygać na sam dźwięk mojego imienia, mogę wreszcie zatrzasnąć te cholerne drzwi i popatrzeć sobie w oczy. A raczej, własnemu odbiciu. (Właściwie, to nie jest cała prawda. Smutna prawda jest taka, że mój mąż w ramach protestu wymontował z moich drzwi klamkę i zamek. Powiedział, że jak obejrzę z nim wszystkie sezony "House of Cards" to dostanę klamkę. Na zamek będę musiała popracować znacznie dłużej. Doszło do tego, że nie mogę nawet trzasnąć drzwiami, jak prawdziwa kobieta. )

Z okazji Dnia Kobiet otrzymałam lustro. Stoi na biurku i ma wielkość stodoły z własnym agregatem i reflektorami. Jedna jego strona jest mniej przerażająca od drugiej. Jestem hardcorem i robię makijaż używając powiększenia.Trzykrotnego. Myślę, że to takie samobiczowanie. Byłaś dzisiaj niegrzeczna Gabryśko, źle wycisnęłaś pastę z tubki - odwracaj lusterko, ty bestyjko, ty!

Teraz fragment dla dorosłych:
w ramach hasła "Staję się piękniejsza każdego dnia, i mocno w to wierzę" przeczytałam książkę pana Jacykowa. I na wszystkie świętości zaklinam! Nie bierzcie tego do ręki. Zdołowałam się na całe pół godziny czytając u tego admiratora kobiet na pierwszych 20 stronach, że:
1. Po pięćdziesiątce rośnie "nadpiździe"
2. Po pięćdziesiątce "wysycha Bożena".
3. Mam "gębę okrągłą jak patelnia", co w połączeniu z dużymi oczami,  wydatnymi ustami i makijażem, daje mi możliwość starania się o pracę przy trasach wyjazdowych z miasta.

W sumie fajnie. W pierwszej chwili nawet się ucieszyłam, bo mogłabym zaoszczędzić na makijażu, żeby kupić sobie lubrykanta i namaścić "Bożenę", albo zgłosić się do dr Szczyta i usunąć "nadpiździe". Potem jednak przypomniałam sobie, że media już dawno ostrzegają, że powinnam zbierać na : wkładki pomagające przy nietrzymaniu moczu, tabletki pozwalające moim gazom gładko opuszczać moje nadobne, chociaż nieco nadszarpnięte zębem glutaminianu sodu jelita, te tabletki, po których będę mogła nadal coś zjeść, a moja wątroba nie wybuchnie na przyjęciu i jeszcze parę innych produktów, które mają za zadanie trzymać moje ciało w kupie.(Bez podtekstów) Naprawdę ulżyło mi, że mogę sobie darować Prostamol i nie posiadam "Konara, co nie chce zapłonąć". 

Z tych wszystkich zmartwień, na czole wyprodukowała mi się zmarszczka. Natychmiast pognałam do perfumerii i zaopatrzyłam się w jakiś kawałek płócienka nasączony cudem. Wydałam 8 zł, poleżałam 30 minut wyglądając jak Jason z "Piątku 13" i et voila tout ...po zmarszczce ani kurzu nie zostało. Takie to teraz cuda w kosmetyce! (Chociaż mój ukochany stwierdził, że to wcale nie była zmarszczka, a jedynie sadza od ciągłego kopcenia papierosów. I gdybym się umyła mydłem za 1 zł 20 gr, to efekt byłby ten sam.)



Czasy się zmieniły, i znalezienie naprawdę nieurodziwej osoby, kiedy panuje moda na operacje plastyczne, koreańskie kosmetyki, porcelanowe korony na zęby, przeszczepy włosów i rzęs jest właściwie niemożliwe.
Przez przypadek wpadło mi w ręce zdjęcie rodziny Kardaszianów, z czasów kiedy nie stać ich było na chirurgów, a ojczym nie pokazywał biustu na okładce Vanity Fair, i nie kazał mówić do siebie Caitlyn, stając się rozchwytywaną przez media transseksualną lesbijką. To niesamowite, ale ci ludzie wyglądali całkowicie tak samo jak my! Przeciętnie. 

Przeciętność jest do wytrzymania, brzydkim być w obecnych czasach nie można. To znaczy można, ale jedynie jeśli jesteśmy intrygująco brzydcy i odpowiednio to podkreślamy, zgodnie z zasadą - najważniejsze to być sobą. Współczuję żonom piłkarzy, które muszą być piękne od rana do nocy, bo cały czas trwa ranking najatrakcyjniejszych WAGs. Do ścisłej dziesiątki zakwalifikowała się tylko jedna reprezentantka naszego kraju - nowa pani Szczęsna. Sara Boruc, mimo szpanowania paputami za 40 000, odpadła z kretesem. To pewnie z przepracowania, bo jak twierdzi "My, dziewczyny piłkarzy bierzemy na barki wszystko - Artur nie płaci rachunków, nie robi przelewów, nie musi zajmować się domem, może skupić się na swojej pracy." Biedna dziewczyna! - zapłacze niejedna Matka - Polka, wykręcając poszarzałą ścierkę nad wiadrem z mydlinami i ocierając pot z czoła. 


Najgorsze, że ten wyścig z czasem nie ma końca. Nie można się już w spokoju zestarzeć i pomarszczyć, kiedy przyjdzie na to pora. Z telewizora atakuje nas Dziarski Dziadek, który ćwiczy w lesie i zdrowo się odżywia, DJ Vika, która miksuje po 70 i pan Stanisław, który mimo lat 105 wygrał bieg na 100 m w swojej klasie wiekowej. Dawniej samotny dziadek biegający po lesie, mógł być jedynie zabłąkanym ekshibicjonistą w radosnym tańcu fauna, któremu jak tubylerczykom "spełła fajla"). Teraz jest sportowcem. Albo taka Agnieszka Perepeczko, zamiast jak każda matrona w jej wieku, siedzieć na bujanym fotelu i spokojnie rozpadać się na kawałki dziergając na drutach śpioszki dla wnucząt, przystraja się w koronkową przezroczystą suknię i szpanuje młodszym o półwieku kochankiem. 

Też bym tak chciała, bo widać wyraźnie, że młodszy kochanek działa lepiej niż botulina i na dodatek motywuje do schudnięcia. Mógłby wyglądać jak jeden z tych rudobrodych wikingów, co to zrobili Anglikom powtórkę z Brexitu. Mieszkalibyśmy w maleńkiej chatce, zagubionej wśród wyjących wulkanów Islandii, hodowalibyśmy psy, żulibyśmy mech porastający chałupę i mielibyśmy osobne sypialnie, osobne łazienki, osobne kuchnie i osobne konta na Netflixie i Spotify. Ech, marzenia!





Prosięcie, 2 doby przed urodzinami!

czwartek, 2 czerwca 2016

Bądź sobą, no chyba, że możesz zostać księżniczką. Wtedy zostań księżniczką.



"


Na świecie panuje moda na poradniki.Jak żyć? Jak ugotować kraba? Jak poskromić teściową? Google stało się wyrocznią w sprawach życia i śmierci. Zadaj jakiekolwiek pytanie, a dostaniesz odpowiedz. Wreszcie! Nie trzeba już myśleć samodzielnie, tracić czas w bibliotekach, szukać odpowiedzi nudząc wszystkich dookoła, wystarczy umiejętnie zadane pytanie, a sezam otworzy przed tobą swoje podwoje. 

A jakie jest najczęstsze pytanie ludzkości? Oczywiście.....

Jak być szczęśliwym?

A najczęstsza odpowiedz?

Bądź sobą! Bądź naturalna!

No, też mi odpowiedź! Czkawki ze śmiechu można dostać. Sobą? Czyli kim?

Gdybym faktycznie chciała być sobą, byłabym złośliwym, rechoczącym gnomem, podkładającym nogi gderającym staruszkom, strzelającym z procy do płaczliwych dzieci, wykorzystującym wszystkich dookoła i manipulującym każdym facetem, który znajdzie się w polu rażenia bez względu na to, czy to mój własny syn, ojciec, dziadek czy listonosz. (listonosz cudzy)

No, to pomyślmy. Odsiejmy Gabrysię, Isię i Bisię, a także słodką Gabi od Gabrieli, bo Gabriela jest naturalna. I popatrzmy co otrzymamy:



DZIECI:

Słodka ciocia Gabi:
Pochyla się nad wózeczkiem, wpatruje w pomarszczonego, czerwonego wrzaskuna, mamrocze jakieś puszki-okruszki, fiki-miki i koci łapcie, wstrzymuje oddech i produkuje uśmiech, starając się nie pokazywać kłów. Jest troszkę sztywna, ale mało kto to zauważy, bo i tak osesek jest królem sytuacji. Przyniosła grzechotkę. Grzecznie pyta o kolki, ząbki, spanie i ulewanie. Dzielnie wysłuchuje całej historii poczęcia i porodu, bez zmarszczenia ust czy czoła. 
Do dzieci starszych niż lat 3 ciocia Gabi mało mówi, ale ładnie się uśmiecha ( przełykając to co jej się ciśnie na usta), tylko czasem odwraca się w drugą stronę i wkłada sobie pięść do ust. 

Miła ta ciocia Gabrysia. Nie żeby dzieci za nią przepadały, ale nie spluwają na jej widok pogardliwie, i nie rzucają w nią klockami. 


Ciocia Gabriela nie znosi dzieci. Szczególnie obcych. Człowiek zaczyna się dla niej po osiągnięciu wieku dwucyfrowego, wcześniej jej nie interesuje, a nawet troszkę brzydzi. Zmuszona przez rodziców niemowlęcia, rzuca okiem z bezpiecznej odległości dwóch ulań i cedzi przez zęby:
-Wygląda jak mój pradziadek Stefan, tylko tamten miał więcej zębów. Mam nadzieję, że czas będzie dla niej łaskawy.
Dzieci które biegają, wrzeszczą, kopią, odmawiają jedzenia zupy, nie potrafią powiedzieć "dzień dobry" i "dziękuję"ciocia Gabriela pakuje do ciemnej celi, w celu szybkiej resocjalizacji i straszy bobokami, buką, golonką i szpinakiem trzy razy dziennie śpiewając na dwa głosy:

"kto nie je zupy ten umrzeć musi"

Ciocia Gabriela budzi powszechną odrazę, nikt jej nie zaprasza na kolacje i chrzciny. A ona tak lubi jeść...tak lubi jeść...

SĄSIEDZI:

Miła pani Gabi - grzecznie wita się z sąsiadem, pytając czy mógłby przestać szlifować płot o 23.00? Albo ewentualnie szlifować go w tonacji na dwa, bo gubi jej się rytm. Zagaduje słodkim głosem sąsiadkę, pytając przy okazji czy wnusio mógłby zdjąć na chwilę ręce z klaksonu w samochodzie, bo chciałaby odbyć rozmowę telefoniczną, a przeciągłe buuuu, które dobiega z ich ogródka przez ostatnie dwie godziny, uniemożliwia jej komunikowanie się nawet z małżonkiem, który siedzi metr od niej i jest na tyle zdenerwowany, że zgryzł jej najnowsze pantofle na klapki japonki.

Sąsiedzi nie wiedzą, że ostatnie dwie godziny spędziła na pacyfikowaniu zwierza, jest zmęczona, musiała robić takie rzeczy, o których sąsiedzi pewnie w życiu nie słyszeli, bo można je obejrzeć jedynie na japońskich, płatnych kanałach pornograficznych. Sąsiedzi obiecują poprawę, która nigdy nie następuje.

Miła ta pani Gabi, tylko ciągle jej kolana drżą. Zaniesiemy jej wisienek z naszego ogródka...



Gabriela jest zen, wyłapuje odgłosy z zewnątrz ale ich nie komentuje. Czeka. Specjalnie głodzi zwierza przez dwie godziny, spokojnie wmasowuje w ciało balsam o zapachu wanilii z czekoladą, przebiega przez duży pokój całkiem naga śmiejąc się perliście, opiera się nagim ciałem o ścianę i czochra jak łosza o korę dębu, wkłada szpilki i pasek do pończoch, (o majtkach zapomina) a później robi minę zmęczonej anakondy osuwającej się na podłogę i szepcze...Wiesz, ja w tych warunkach jednak nie mogę, ci sąsiedzi....już mnie boli głowa., a chciałam dzisiaj....(tu spuszcza nieśmiało mocno pomalowane oczy)


Okropna jest ta pani Gabriela, sąsiedzi wolą nie wchodzić jej w drogę bo szczuje zwierzem. A zwierz raz puszczony ma tendencje samo-nakręcające się, jest jak ninja - perpetum mobile. Pani Gabriela atakuje zza węgła i nigdy sama rączek nie brudzi. Sąsiedzi pierzchają kiedy nadchodzi. A ona tak lubi pogawędzić z sąsiadami....


MĘŻCZYŹNI:

Gabi jest taka sympatyczna i kumpelska, można z nią konie kraść. Wpatruje się w każdego mężczyznę ogromnymi niebieskimi oczami, wyrażając tym spojrzeniem podziw i całkowitą uległość.
Choćby ją przypiekano na ogniu, nie da poznać, że męski interlokutor budzi w niej chęć mordu. Lekko porusza anielskimi skrzydłami, a jej aureola  błyszczy jak złote zęby.
Lubimy Gabi, jest taka zabawna. Czasami coś tam krochmali o feminizmie, ale w zasadzie jest niegroźna. Angelina Joli to to nie jest, ale z łóżka bym nie wykopał.


Gabriela dobrze wie, że życie łatwe nie jest. Ma obrzydliwą cechę -
że jeśli już jakikolwiek osobnik męski wpadnie w jej sieć to zostanie pożarty żywcem i trzykrotnie strawiony. Oczywiście, doszła już do poziomu mistrzowskiego, w którym  trawiony mimo bólu będzie nadal całował koniuszki jej palców i prosił o więcej. I w celu osiągnięcia dobrego rezultatu nie cofnie się przed użyciem żadnego ze swoich, lub cudzych atutów. Gra zabiedzone maleństwo, które nieustannie potrzebuje męskiej ręki (czytaj:służącego, kucharza, kierowcy i dostawcy rozrywek ), większość mężczyzn da się na to złapać, bo każdy chce być bohaterem. Wtedy wczepia się i pasożytuje wieloletnio.

Gdyby nie trafiła na pacyfikującego ją zwierza, z pewnością trafiłaby na swoją męską wersję i miała złamane życie, była zgorzkniała i nienawidziła całego rodu męskiego plując żrącym jadem po oczach. Gabriela wie, że płeć damska jest na gorszej pozycji i ma ochotę krzyczeć - Obudźcie się! (ale podobno to hasło już zostało wykorzystane przez inną formację)

Kiedyś chciała powołać do życia Damską Drużynę Obsikującą Trawniki i Kioski oraz Damską Drużynę Ekshibicjonistek Parkowych, jako przeciwwagę dla obsikujących ulice i obnażających się gdzie popadnie facetów - nie wyszło w praktyce, bo w szpilkach i z majtkami w kolanach przewróciła się boleśnie i okrutnie stłukła kolana, a kolana są jej niezbędne do pacyfikacji zwierza. 

Matko, co za obrzydliwa pchła szachrajka z tej Gabrieli! Nie powinno się jej dopuszczać do chłopa bliżej, niż odległość zaostrzonych, pokrytych currarą wideł. Pewnie nie goli nóg! I w ogóle wstrętny babszczak o urodzie kartofla.


WNIOSEK:
Gdybym chciała być sobą, powinnam znaleźć sobie jakieś fajne miejsce na mokradłach i tam starać się być tak naturalna, jak tylko mogę. Do woli!

Wyłożyłam zwierzowi moją rację na temat bycia sobą. Pokiwał głową i powiedział:

Wisz ty co, Piszkitle, bzdury gadasz. Właśnie dlatego nie robisz tych wszystkich obrzydliwych rzeczy, bo jesteś sobą. Bo prawdziwa ty, nie chce nikogo zdenerwować, zasmucić, krępować. I mimo, że czasem chciałabyś zdetonować świat, prawdziwa ty trzyma w ryzach tego wewnętrznego wariata.

No? I jak tu być sobą?

Wieprzu, wmasowujący maść na otarcia w kolana i łokcie. 

Dodatek dla ciekawych: Takie rzeczy między innymi muszą wyczyniać na blacie w kuchni kobiety, które chcą powstrzymać własnych zwierzów przed zabiciem sąsiadów. I robią to tuż nad kipiącym krupnikiem, trąc jednocześnie marchewkę palcami u nóg!



czwartek, 19 maja 2016

Morderco! Tak na mnie wołali czyli jak być nieczułym żeby innych uszczęśliwić.



Spanie, obok czytania, jedzenia, i różnych fajnych,  figlarnych przyjemności, to moja ulubiona czynność. Może dlatego, że jest to ta czynność, której z nikim dzielić się nie da. Spanie jest tylko nasze, naszeńkie,  naszutkie! Jeśli ktoś złoży wam propozycję wspólnego spania, to ma na myśli coś więcej, niż upojne chrapanie na dwa głosy.

Lubię przyglądać się, jak mój mężczyzna przygotowuje się do snu. Przypomina mi w tym mojego dziadka, i dzięki temu, mogę znowu poczuć się małą dziewczynką, która dopiero poznaje męski świat lepkich niedomówień, mętnych półprawd i śliskich aluzji. Uwielbiałam patrzeć, jak dziadek szykuje się do snu. Te wszystkie mikstury, które wypijał, i smarowidła które na siebie nakładał były fascynujące. Ciągnęło od niego lekko naftaliną, trochę benzyną, i ździebko towotem. No, i senne niezbędniki, to całe męskie oprzyrządowanie, dzięki któremu mężczyzna jest ciągle mężczyzną, mimo, że jest w piżamie.
- Dziadziu, dlaczego wkładasz siekierę pod poduszkę?
 Na niektóre pytanie nigdy nie dostaje się odpowiedzi.

Wróćmy jednak do teraźniejszości. Dzisiejszy seans zaczyna się od rolowania kocyka. Zrolowany kocyk nie służy jako wałek pod strudzoną dniem szyję, ale jako wypełniacz przestrzeni pomiędzy łóżkiem a ścianą. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, że mój kochanek mógłby włożyć , choćby przez nieuwagę, choćby w szale nieludzkiego podniecenia, cokolwiek w tą ziejącą czeluść o szerokości pół centymetra. A jednak barykaduje się przed nią, bardzo dokładnie upychając tam pomarańczowy pledzik. Może to nieuświadomiony lęk przestrzeni?

Następnie mamy wieczorną gimnastykę, połączoną z wyszalnią - trzepanie poduch. Najpierw oklep z obu stron dostaje największa poduszka.  Słyszę jak trzeszczy w niej pierze, a roztocza aż piszczą z bólu, rozmasowując swoje maleńkie, kościste, potłuczone zadki. Poducha średnia jest bardziej napakowana, i przypomina wyglądem i charakterem Tomasza Oświecińskiego. Stawia się, czupurzy i fika. Widać, że gdyby tylko dostała rąk, z chęcią by oddała. Najbardziej żal mi jednak jasieczka. To maleństwo, z niewiadomych przyczyn jest bite razy sześć. Widać, że z bólu aż się wywija na lewą stromę, a hello Kitty namalowana na powłoczce wreszcie przestaje się głupio uśmiechać.... I kiedy leżą już sobie upakowane jedna na drugiej, i liżą swoje podusine rany, nadchodzi nieoczekiwany cios poniżej pasa, który powoduje, że wciągają z piskiem swoje grube brzuszki i ze strachu pozostają na bezdechu - w leju powstałym po lewym sierpowym będzie leżeć szanowna głowa. A to jest taka głowa, że żadna czapka ze sklepu na nią nie wejdzie, a zęby ma takie, że trzeba było kilofem wyrąbywać, bo choć przyszło 3 dentystycznych atletów i ciągnęli, ciągnęli, to i tak nie wyciągnęli. Ale za to w paszczy zmieściły się trzy dłonie lekarzy wraz z zegarkami i kleszczami, plus asystentka.

Trzy minuty po sypialnianej kaźni słyszę jak otwierają się drzwi do lodówki.  Nie da się tego nie usłyszeć, ponieważ trafiła nam się gadająca lodówka - jęczy, błaga, śpiewa, odbija jej się, lub kwili jak niemowlę. Przy otwieraniu jęczy rozżalona tak, że człowiekowi głupio, że naraził sprzęt na takie tortury tylko po to, żeby obeżreć się jakąś banalną kiełbasą podwawelską.
Teraz następuje przygotowanie niezbędnego prowiantu, pomagającego przetrwać noc na odludziu, nad urwiskiem czyli na łóżku delikwenta. Na talerzyku ląduje ślimaty plaster Brie, jeden chudy, suchy, przerażony swoim losem kabanos, a dla zdrowotności otyły pomidor i szklanka czerwonego wina.

Jedzenie od łóżka nie powinno być oddalone o więcej niż trzy długości pędzla z bobrowego włosia. Musi być na tyle blisko, żeby nie trzeba było prostować ręki w łokciu, ale nie tak blisko żeby trzeba było skręcać sobie nadgarstek kiedy się po nie sięga. Ustawienie wszystkiego w dogodnej odległości zajmuje lwią część czasu "przed podrożą". W następnej kolejności mamy pozycjonowanie laptopa na stoliku za nogami łóżka i wybór odpowiedniego filmu dokumentalnego, jednego z trzech ulubionych, działających nasennie i uspokajająco. I już możemy wsiadać do naszego pojazdu, i już wypływa na senne morze nasz pościelowy parowiec....prrrrrr....trzeba się ruszyć po dokładkę. Po godzinie następuje automatyczne wygaszenie komputera i szukanie najwygodniejszej pozycji do snu- prawo, lewo, nogi na kołdrze, nogi pod kołdrą, w podkoszulku, i bez, z ręką pod poduszką, i z ręką nad głową, na wznak i na ślimaka. I wreszcie dom zaczyna roznosić chrapanie. Bestia zasnęła na całe 12 godzin. 

Moja wersja zasypiania jest dużo skromniejsza - o 2.30 dobiegam do najbliższego miękkiego posłania, choćby psiego, i zwalam się na nie z impetem, gniotąc sobie piersi na piasek. Zasypiam w trzy minuty snem sprawiedliwego. I tak do 6.30

Tak. Niestety. I dlatego nic mnie tak nie denerwuje w ludziach jak to, że ciągle śpią. O północy już śpią, a o siódmej rano nadal chrapią. Że się nie boją odleżyn nabawić? Nawet Mizia, która wieczorem jest dobrym kompanem i potrafi dotrzymać mi towarzystwa nawet do 4 nad ranem, o 7 brzęczy jedynie coś pod nosem, zakryta po lokatą głowę, wystawiając na zewnątrz jedynie kościste pięty.

I to marudzenie. Przecież wstawanie jest fajne. Otwieram oczy i najpierw sprawdzam językiem czy mam wszystkie zęby (taka trauma z dzieciństwa, kiedy je gubiłam), potem upewniam się, że nadal poruszam wszystkimi członkami ciała i nic mi w nocy nie odpadło . I już. Wstaję. 

A ludzie leżą, ślimaczą się w łóżku, denerwują, że co pięć minut pytam czy się wyspali. Nie ma głupich pytań, chcę uzyskać jasną informację, więc pytam! Przecież mogą tak długo spać przez przypadek, a ja z dobrego serca chcę im uświadomić, że oto nastał nowy, piękny dzień. Niektórzy bywają nawet agresywni i próbują czymś we mnie rzucić. Po co zaczynać dzień tak nerwowo? Przecież można zatańczyć, taniec ułatwia uchylanie się przed lecącymi w naszą stronę przedmiotami.


Wstawaj! Szkoda dnia!
Prosie, tańczące od rana.



wtorek, 10 maja 2016

Aaa, były sobie kotki dwa...czyli o tym, jak to jest wymienić się na twarze z tatarem, przez małe t i uratować komuś życie.




Jak powszechnie wiadomo, twarz to ta część ciała jaką stajemy frontem do świata. Oczywiście, powiecie, że wszyscy nosimy maski, i że tak do końca nie wiadomo jak z tą twarzą jest. Zgoda, ale żeby nosić maskę( o makijażu nie wspomnę) trzeba jakąś twarz na własność posiadać, i dobrze jej pilnować.  Bo jeśli tracisz twarz, to natychmiast przyprawiają ci gębę. 

Człowiek do swojej fizys szybko się przyzwyczaja, i dokładnie wie, co rankiem zastanie w lustrze. Takie codzienne - wstajesz i wiesz. Cudu się nie spodziewamy, nawet jeśli wydamy  jak Romuald Lipko ostatni grosz, żeby "wino z zielonych lat ciągle pić". Czyli w wolnym tłumaczeniu - kupić najbardziej na świecie nano-ekstremalny-hiper-sensirenalny krem z kwasem dezoksyrybonukleinowym i rybim żelem transdermalnym , którego zadaniem jest wyprasowanie naszej twarzy i uczynienie jej tym czym powinna się stać według zapewnień umieszczonych na wieczku.

Wolne żarty. Wiadomo przecież, że kupujemy marzenia i kręcą nas te kolorowe pojemniczki pełne tajemniczych mikstur ustawione na półeczce w łazience. Ten różowy słoiczek to perełki pod oczy, ten to na sterczący podbródek, ta ampułka sprawi, że zniknie lwia zmarszczka, a ten żel odmłodzi nasze policzki i nada im dziewczęcej świeżości. Tymczasem każdego ranka ta sama Gabryśka w lustrze, żadnych zmian nie widać na horyzoncie. Chyba, że mówimy o zmianach na gorsze i plamach wątrobowych, a w następnej kolejności tych opadowych. Te z pewnością się pojawią, podobnie jak paradontoza, owłosienie w nieoczekiwanych miejscach i  okulary do czytania. 

Pewnego pięknego ranka, jak zwykle wyskoczyłam rześko (ale nie przesadzajmy, bo jednak mamy już swoje lata i najpierw trzeba się rozbujać, żeby z łózka wyleźć) z piernatów i przebiegając raźnym truchtem do łazienki, zerknęłam z roztargnieniem w lustro. I całkiem jak pan Hilary -nie chcę wierzyć, jeszcze zerkam. Niestety, nawet po 3 zerknięciu zmiany nie stwierdziłam. Patrzyłam w oczy kotletowi siekanemu,  który uśmiechnął się do mnie i pomachał na przywitanie. Podeszłam bliżej do zwierciadła -  "to żyje" - pomyślałam zaskoczona. W niebieskim oku tatara zamigotało przerażenie. Niestety, było to moje własne, świeżutko wyhodowane przerażenie, którym natychmiast się zajęłam wrzeszcząc jak opętaniec - Lekarza!!!!

W trybie natychmiastowym udałam się na wizytę do pani doktor, która profesjonalnie zajmuje się twarzami. Zresztą, nie tylko, bo jak wiadomo, ci sami lekarze zajmują się organami, które rzadziej wystawiamy na światło dzienne, a które służą uciesze w zaciszu domowego ogniska. (chociaż czasy się zmieniły i organa można oglądać nawet na celebryckich zjazdach, bo któż nie pamięta co pokazała Pietrasińska? Google pamięta, bo jak wiadomo - internet nie zapomina) 


Oczywiście, moja wizyta była jak najbardziej prywatna. Ponieważ lekarz od twarzy, jest też lekarzem od bardzo wstydliwych przypadłości,  pamiętałam jeszcze z czasów "Daleko od szosy", że w takie miejsca można zaglądać anonimowo. Z typową dla siebie beztroską (czytaj bezmyślnością) wsadziłam do kieszeni kurtki jedynie ręce i papierosy. Dlaczego do kieszeni? Bo moja torebka zrobiła się tak ciężka, że po ostatnim wyjściu prawie nabawiłam się przepukliny, a już z pewnością czerwonych pręg na ramieniu, a nie byłam jeszcze gotowa na to, żeby spędzić kilka godzin na jej opróżnianiu. Zresztą, po co mi cokolwiek jeszcze, skoro podróżuję z mężczyzną?


Należę, do tych wysoce niepraktycznych i beztroskich kobiet, które idąc gdziekolwiek z osobnikiem płci  odwrotnej nie martwią się o to - które to drzwi, gdzie jest płaszczyk, i że trzeba zapłacić. No, wybaczcie, ale tak zostałam wychowana, i na tyle mi się to spodobało, że tak zostało. To jest fajna droga, i z czasem doprowadziła mnie do punktu, w którym nie interesuje mnie aprowizacja - to nie mój problem czy jest chleb w domu, czy go nie ma, czy rachunek za gaz jest zapłacony, czy też nie. Mnie interesuje, przede wszystkim czy dostanę jeszcze ten fajny lakier z Inglota, i czy nie rozmazuje mi się maskara. Mogę sobie zupełnie spokojnie żyć życiem płytkiej blondynki, zadowolonej z siebie i bezstresowo piłującej paznokcie na miękkiej kanapie. I to całe dwa tygodnie w miesiącu! 

(Bo pozostałe dwa tygodnie służą mi do zarabiania na to wygodne i beztroskie życie. )

"O RANY, RANY, JESTEM NIEPOKONANY"

Przychodnia, do której przybyłam przypominała mi moje pierwsze przedszkole - niewygodne stołki i ściany w kolorach zimnych, i przyprawiających o dreszcze. I lada, znaczy recepcja. Na tyle wysoka, że panie w recepcji mogły widzieć jedynie moją twarz i to kiedy stałam na palcach lub podskakiwałam. Uśmiechnęłam się szeroko, ukazując piękny komplet miśnieńskiej porcelany, i wyszeptałam z brodą leżącą na kontuarze:

- Dzień dobry, ja do doktor XYZ, byłam umówiona przez portal internetowy...
- Dowód proszę! - nie bawiła się w kurtuazję żena za pultem. 
- Ojej, nie mam ze sobą...- uśmiechnęłam się beztrosko, rozmazując słodycz swojej osobowości po zielonych ścianach, i skrapiając siedzących dookoła czarem osobistym o zapachu świeżo upieczonego ciasta z wanilią i czekoladą .
- To proszę o jakiś dokument z nazwiskiem - nacisnęła mnie recepcjonistka o twarzy Beaty Szydło.
- Hmmm...mam tylko kartę do perfumerii Douglas...

Pani za ladą przetarła ze zdumienia oczy, nadęła się straszliwie, a następnie wyrzuciła z siebie hektolitry własnoręcznie wyhodowanego kwasu solnego, prosto w moją schorowaną twarz.
- To jak pani z domu wychodzi? Co za ludzie? Żeby tak bez dokumentów chodzić po mieście!!! I tak pani do lekarza bez dokumentów sobie idzie? Przecież to myśleć trzeba!

Wszystkie głowy obecne w poczekalni odwróciły się w moją stronę, i poczułam na sobie pogardliwy wzrok tych co to zawsze są odpowiednio przygotowani. Natychmiast przypomniało mi się, jak wysłałam dziecko do szkoły bez tornistra, albo, o zgrozo, zapomniałam je odebrać z przedszkola. 
Poczułam się jak pierwszoklasista, zrugany za brak chusteczki do nosa i przyłapany na wycieraniu smarków w rękaw. Jednocześnie przeraziło mnie to co zobaczyłam w oczach mojego mężczyzny. Była to zdrowa, właśnie narodzona żądza mordu. Wiedziałam, że za chwilę ta poczekalnia może przypominać jedną ze scen filmów Tarantino.  Już widziałam panią recepcjonistkę przestawioną razem z krzesłem na najwyższy regał, zakneblowaną, i z przegryzionym gardłem (Że po co kneblować jak przegryzione? Knebluje się wcześniej, żeby nie zrażać pozostałych pacjentów rzężeniem i zawodzeniem.) Złapałam mężczyznę za ręce i odpłynęłam w głąb poczekalni. 

- Nazwisko! Nazwisko! - darła się za mną kobieta, nieświadoma, że właśnie uratowałam jej życie
- Czarny Pieprz - odkrzyknęłam, rozpinając jednocześnie koszulę samcowi i miziając go delikatnie opuszkami palców po klatce piersiowej - Miły kotek, miły....- szepnęłam gryząc go delikatnie w ucho.
- Nie dostanie pani żadnej zniżki na leki! - zagroziła kobieta, kręcąc sobie grubszy sznur, i wykopując krzesło spod nóg.
- A wsadź...- zaczął mój-ci-on, ale udało mi się zdusić warkot regularnym buziakiem i obietnicą żeberek w dniu następnym. (Hej! Nie żebym umiała robić żeberka, ale doskonale wiem jak na nie zarobić i gdzie można je dostać).

Przebywanie z niektórymi mężczyznami, jest jak mieszkanie z tygrysem w ciasnej klatce. Niby oswojony, niby można mu obciąć pazury, wymiziać futerko, zrobić puci-puci i pip pip na nosku, ale cały czas czujesz ten warkot pod pręgami. Wiesz, że tam w środku siedzi dziki zwierz, który wypuszczony na wolność będzie siał gwałt i pożogę. Ciężkie jest życie kobiety -  tresera, jeden nieostrożny ruch i jakiś wiercący trzy dni sąsiad zostanie pożarty żywcem, albo auto nieuprzejmego kierowcy zostanie przerobione na wykałaczki. Wszystko przez ten testosteron...

Twarz została uratowana. Podobno to wszystko jedynie wina stresu i nadmiernej wrażliwości. A jak tu, do licha, nie być zestresowanym, skoro spacerujesz po mieście z dzikim zwierzem bez smyczy? I od rana do wieczora słyszysz ten dziki pomruk dobiegający z głębi trzewi..:



Wasza owieczka, zagrzebana w puszku.